Pomysł na prezent: 15 książek o tematyce kulinarnej

span.fullpost {display:none;} span.fullpost {display:inline;}
<a href="”>Czytaj więcej!
Jak już Wam kiedyś mówiłam, uwielbiam kupować i przeglądać książki kucharskie. Rzadko kiedy korzystam z przepisów w nich zawartych, ale bardzo lubię je czytać, patrzeć na piękne zdjęcia i inspirować się tym, co w nich znajdę, tworząc własne dania. Moja kolekcja ciągle się powiększa, a mimo to, lista książek, które chciałabym kupić nigdy się nie kończy. Ach, gdybym była bogata.. 🙂

Jako, że moim zdaniem nie ma lepszego i bardziej uniwersalnego prezentu niż dobra książka, w związku z nadchodzącymi świętami postanowiłam poświęcić jeden wpis na książki, którymi możecie obdarować kogoś bliskiego albo siebie samych. Na liście znajdują się bardzo różnorodne pozycje, więc znajdzie się tu coś dla osób lubiących naprawdę ciekawe, profesjonalne gotowanie przez duże „G”, jak i tych, którzy po prostu lubią czytać o jedzeniu, sztuce kulinarnej i od czasu do czasu chcą upichcić coś smacznego. Lista jest bardzo subiektywna i ciężko było mi się zdecydować, które pozycje na niej umieścić. Postawiłam na różnorodność. Moim zdaniem każda z tych książek jest godna polecenia, ciekawa i pod jakimś względem „dobra”. Listę podzieliłam na dwie części – książki dostępne w języku polskim i te po angielsku, gdyż niestety nie wszystkie pozycje doczekały się publikacji w Polsce.

Książki w języku polskim:

1. „Słodkie życie w Paryżu” David Lebovitz

Książka jest nie tylko pełna przepisów na smakowite potrawy, zarowno słodkie, jak i wytrawne, ale także zabawnych anegdot i opowieści o życiu w Paryżu, tamtejszych kulinarnych trendach i zwyczajach oraz mentalności Francuzów. Jest napisana w takiej formie, że każdy rozdział, w którym autor prezentuje nowy „smaczek” z życia Paryża i jego mieszkańcow, jest także okraszony przepisami, które są przysłowiową „kropką nad i”, doskonale ilustrującą to, co David Lebovitz ma do powiedzenia na dany temat. Więcej o tej książce pisałam tutaj.

Cena: 30-32 zł

 2.  „Sekrety włoskiej kuchni” Elena Kostiukovitch

Sekrety włoskiej kuchni - Elena Kostiukovitch

Podróż po wszystkich regionach słonecznych Włoch z kulinariami w tle. Pełna interesujących anegdotek, z dobrze zarysowanym tłem historycznym, które w pewnym stopniu tłumaczy różnice kulturalne i kulinarne, istniejące pomiędzy różnymi rejonami Italii. Bardzo wciągająca i pełna informacji. Dla pasjonatów.

Cena: 37-47 zł

3. „Złota księga czekolady” Carla Bardi, Claire Pietersen

Złota księga czekolady

Ogromna księga, wyglądem przypominająca tabliczkę czekolady. Z ciekawym wstępem o historii produkcji i konsumpcji tytułowego słodkiego przysmaku. Pełna przepisów, zarówno na desery, jak i dania wytrawne. Znajdziecie w niej potrójnie czekoladowe ciasteczka, brownie z bourbonem, smoothie czekoladowo-bananowe, suflet z białą czekoladą i orzechami, brioche z wiórkami czekoladowymi, tort Sachera, czy nawet indyka w sosie meksykańskim. Każdy przepis jest opatrzony zdjęciem, co dla mnie jest ogromnym plusem. Jedynym minusem książki są drobne nieścisłości w przepisach, ale nie zdarzają się one zbyt często, więc można na nie przymknąć oko. To prawdziwa gratka dla czekoholików!

Cena: 85-95 zł

4. „Kucharz doskonały” Wojciecha Wielądki, opracowanie prof. Jarosław Dumanowski

Historyczne opracowanie drugiej najstarszej książki kucharskiej w Polsce, napisanej w XVIII wieku przez ówczesnego kucharza-celbrytę. Piękna opowieść o kulturze kulinarnej w Polsce, oparta na najpopularniejszej francuskiej książce kucharskiej z tamtego okresu. To trzeci tom z serii „Monumenta Poloniae Culinaria”, wydawanej przez Muzeum Pałac w Wilanowie. Perełka, nie tylko dla pasjonatów gotowania.

Cena: około 70 zł

5. „Jajka. 130 prostych przepisów” Michel Roux

Jajka. 130 prostych przepisów

Bardzo fajna propozycja wprost od mistrza Roux. Przystępna i bardzo uniwersalna. Znajdziecie w niej 130 przepisów na potrawy z wykorzystaniem jajek – jajecznicę, suflety, dressingi, naleśniki, jajka po benedyktyńsku, omlety, ciasto parzone, krem zabajone i wiele, wiele innych smakołyków… Niektóre z nich są bardzo oryginalne – np. jajka na miękko z karmelem – a inne to wariacje na temat klasyków – np. sałatka Cezara z anchois. W książce znajdują się także porady dotyczące przygotowania dań z jajkami i bazowe przepisy (np. na ciasto kruche), które mogą stać się punktem wyjścia do stworzenia czegoś własnego.

Cena: 30-34 zł

6. „Kuchnia Neli” Aniela Rubinstein

Kuchnia Neli - Aniela Rubinstein

Niecco starmodna książka autorstwa żony znanego pianisty, Artura Rubinsteina, zawierająca wiele dość prostych, ale dopracowanych i dających smaczne rezultaty, przepisów. Wśród nich dominują pozycje charakterystyczne dla kuchni polskiej, ale pojawiają się też dania o zagranicznym rodowodzie, np. francuskim i hiszpańskim. Książka nie ma zdjęć, ale ponad 300 stron świetnych przepisów to rekompensuje. W „Kuchni Neli” najbardziej urzekło mnie to, że czytając ją  można odnieść wrażenie, że jest to pamiętnik, a nie książka kucharska. Jest w niej pełno wspomnień i anegdotek, które łączą wszystkie przepisy w spójną całość, sprawiając, że czyta się ją łatwo, szybko i z uśmiechem na twarzy.

Cena: 30-34 zł

7. „Cafe Museum” Robert Makłowicz
Café Museum - Robert Makłowicz

Czytając tę książkę, od razu chce się kupić bilet lotniczy albo wsiąść do samochodu i odwiedzić miejsca, które opisuje w niej Robert Makłowicz. Można także pomarzyć o smaku wszystkich wspomnianych w niej potraw, których obraz został nakreślony w tak plastyczny sposób, że pobudza wyobraźnię czytelnika i przyprawia go o ślinotok. Jednakże wbrew pozorom nie jest to książka o kulinariach, ale o wspólnocie, jaką jest Europa Środkowa. O tym, że mimo, że każde ze znajdujących się w tym rejonie państw zachowało swoją odrębność kulturaną, odzwierciedloną, na przykład, w zróżnicowanym jedzeniu ich mieszkańców, istnieje pewnego rodzaju jedność, sprawiająca, że podróżując po tej części Europy, czujemy się jak w domu.

Sam Makłowicz pisze: „Tak więc jestem i Grekiem, i Chińczykiem, cóż to komu może przeszkadzać? Choć polski mym ojczystym językiem, najbardziej lubię słyszeć wokół siebie także inne mowy. Cieszy mnie obecność w jednym miejscu świątyń różnych wyznań, a jeszcze bardziej raduje, gdy wszystkie są otwarte. Przekraczanie granic od dzieciństwa stanowiło mą ulubioną rozrywkę, a myśl o ich istnieniu jedno z najczęściej przywoływanych przekleństw. Gdy już sam mogłem decydować o miejscu własnego pobytu, a los sprawił, że granice stały się przekraczalne, podejmowałem nieraz wyprawy bez konkretnie określonego celu, byle tylko usłyszeć inny język, zjeść inny rodzaj zupy, spróbować innego alkoholu, zobaczyć inny krajobraz. By zobaczyć własne odbicie w innym lustrze. To konieczne, gdyż lustra potrafią kłamać, więc jeśli całe życie przeglądasz się w jednym, możesz do końca nie wiedzieć, jak naprawdę wyglądasz”  

Cena: 33-39 zł

Książki w języku angielskim:
1. „Hairy Bikers’ Perfect Pies” Si King, Dave Myers


Mimo, że rzadko korzystam książek kucharskich, które znajdują się w moich zbiorach, przepisy z tej wypróbowałam już wielokrotnie. Drugie tyle zaznaczyłam karteczkami, do przetestowania w najbliższym czasie. W książce znajdują się przepisy na wszelkiego rodzaju tarty, zapiekanki i „paje”, zarówno słodkie, jak i wytrawne, a także podstawowe wskazówki, np. o tym jak przygotować idealne kruche ciasto. To zdecydowanie jedna z najbardziej dopracowanych książek kucharskich z jakimi się spotkałam, a w dodatku zotała napisana przez owłosionych motycklistów 🙂 Więcej pisać nie trzeba!

Cena: £11 (około 56 zł)

2. „Ottolenghi: The Cookbook” Yotam Ottolenghi, Sami Tamimi

Aromatyczne, przygotowane ze świetnych jakościowo składników, zdrowe. Takie są potrawy, którymi szczyci się sieć restauracji Ottolenghi i na które przepisy możecie znaleźć w tej książce. Już oglądając zdjęcia, chce się spróbować większości dań. Większość z nich jest wyraźnie inspirowana kuchnią Bliskiego Wschodu, ale przepisy są napisane w taki sposób, że z powodzeniem przygotujecie wszystko w domu. Sałatka z koprem włoskim, fetą, granatem i sumakiem, pulpeciki z indyka z kukurydzą i sosem z grillowanej papryki, nadziewane bakłażany, ciasto pomarańczowe z polentą – to tylko niektóre z propozycji, które znajdziecie w tej książce.

Cena: £20 (około 100 zł)

3. „Rick Stein’s Seafood” Rick Stein

Tę książkę wszyscy amatorzy ryb i owoców morza mogliby nazwać swoją biblią. Została napisana przez Ricka Steina, który jest uważany za prawdziwego mistrza w przygotowywaniu morskich przysmaków i który na ten temat wie chyba wszystko. Swoją wiedzą w przystępny i bardzo dopracowany sposób dzieli się w tej książce. Znajdziecie w niej porady, opisane krok po kroku, na temat tego jak wyfiletować różne rodzaje ryb, a następnie jak je potem przyrządzić. Dużo miejsca jest także poświęcone skorupiakom. Bardzo polecam!

Cena: £11 (około 56 zł)

4. „Ad Hoc at Home” Thomas Keller

Książka Thomasa Kellera z przepisami, które, w przeciwieństwie do wielu propozycji tego autora, można przyrządzić w domowym zaciszu. Jej głównym celem jest pokazanie, że nawet w domu, gotując dla całej rodziny, można przygotować coś naprawdę pysznego i specjalnego, ale równocześnie nie nadętego i zbytnio eleganckiego. Nawet codziennie jedzenie może być czymś niezwykłym, o ile poświęcimy mu wystarczająco dużo uwagi. Z tą myślą przewodnią została napisana ta przepięknie wydana książka, w której znajdziecie przepisy na np. polędwiczkę wieprzową nadziewaną figami, papardelle z pulpecikami, cobbler z jagodami, sałatkę ze świeżym tuńczykiem, czy zupę grzybową z Cavolo Nero i ziemniakami Yukon Gold.

Cena: £25 (około 127 zł)

5. „Tartine Bread” Chad Robertson, Elizabeth Prueitt

To książka, którą powinien mieć każdy entuzjasta domowego pieczywa. Zawiera szczegółówe instrukcje chodowania różnych zakwasów, a także składania bochenków czy formowania bułek i bagietek. Zakwas pszenny na rodzynkach to mój osobisty przebój, dzięki któremu jestem w stanie upiec pieczywo w niczym nie ustępujące temu, które można kupić w znanych knajpach śniadaniowych, np. w Charlotte. Znajduje się w niej mnóstwo przepisów na wypieki na drożdżach i zakwasie, zarówno słodkie jak i wytrawne, a także pomysły na wykorzystanie resztek starego chleba.

Cena: £16 (około 80 zł)

6. „Bread: A Baker’s Book of Techniques and Recipes” Jeffrey Hamelman

Kolejna obowiązkowa pozycja na półce osób chcących zacząć swoją przygodę z wypiekiem domowego pieczywa lub tych, którzy już to roją rozpoczęli, ale szukają sprawdzonych przepisów na chleb. Książka zawiera ponad 150 przepisów, opatrzonych opisami przygotowania krok po kroku pomogą Wam upiec pyszny chleby lub bułki – na zakwasie, na drożdżach, żytnie, orkiszowe, brioche i wiele, wiele innych. Na uwagę zasługują bardzo ładne rysunki i zdjęcia, które towarzyszą wszystkim przepisom i które znacznie ułatwiają przygotowanie opisywanych potraw. Dzięki temu nawet osoby, nie mające wiele wspólnego z gotowaniem, poradzą sobie w starciu z większością przepisów.

Cena: £15 (około 76 zł)

7. „Secrets of Scandinavian Cooking… Scandilicious” Signe Johansen

Przyjemna i przystępna pozycja o skandynawskiej kuchni – śniadaniach, brunchach, kolacjach, słodkich wypiekach. Od cynamonowych bułeczek-ślimaczków, dżemu śliwkowego i instrukcji robienia domowego jogurtu, przez gravlax, po chowder rybny z Bergen. Wszystkie przepisy łączy jednak jedno – lekkość. Dzięki tej książce dowiecie się jak jeść lekko i zdrowo, ale wciąż smacznie. Nie jest to jednak pozycja o dietach, ale raczej o stylu życia i sposobie odżywiania, dzięki któremu można utrzymać ładną sylwetką i zdrowy organizm bez wyrzeczeń.

Cena: £14 (około 71 zł)

8. „Bentley” Brent Savage

Coś dla ambitnych. Książka młodego szefa kuchni, Brenta Savage, która ma na celu przybliżenie czytelnikowi nowoczesnych technik gotowaniach, takich jak na przykład sous vide, opisanych krok po kroku wraz ze szczegółowymi ilustracjami. Dzięki temu można odtworzyć przepisy na dania kuchni molekularnej w domu, bez drogiego sprzętu, dostępnego jedynie w restauracjach. W książce znajduje się także ponad 80 przepisów na naprawdę pyszne dania, np. krewetki na patyku z białym i czarnym sezamem, tatara z dziczyzny ze słodkim, płynnym wasabi, tostowany custard z czekoladowym parfait i puree z liczi. Większość przepisów wykorzystuje sezonowe, ogólnodostępne składniki, które dzięki nowoczesnym metodom obróbki nabierają zupełnie innego charakteru i przenoszą degustatorów na zupełnie nowy poziom doznań smakowych.

Cena: £16 (około 80 zł)

Zdjęcia pochodzą ze stron internetowych: Księgarni Inernetowa Gandalf, merlin.pl, amazon.co.uk, empik.com
Reklamy

Kulinarna Mapa Łodzi #3: TiTi

 Na miejsce drugiego spotkania łódzkich blogerek kulinarnych wybrałyśmy TiTi – nową restaurację przy ul. Sienkiewicza, uznając, że będzie to fajna okazja do odwiedzenie dotąd nie znanego nam miejsca. Spotkanie odbyło się w dość małym gronie, ale było bardzo sympatycznie – dzięki dziewczyny!

Po wejściu na stronę internetową restauracji wita nas taki o to napis:
„Chodź,
Pokaże Ci miejsce,
W którym wszystko jest proste …
Gdzie dzień,
Mija jak filmowy sen…
Gdzie czeka na Nas smak dobrej kuchni…

To wszystko mamy w TiTi,
A teraz możesz to mieć także TY.

Więc nie czekaj tylko zadzwoń lub przyjdź,
A my postaramy się Byś nie zapomniał tego miejsca.”

Zgadza się. Nigdy nie zapomnę tego miejsca i niesmacznego jedzenia, które w nim serwują! 

Zacznijmy jednak od początku. Jako, że dotarłam na miejsce sporo wcześniej, postanowiłam nie czekać na dziewczyny na zewnątrz, tylko wejść do środka i napić się kawy. Pierwsze wrażenia miałam bardzo dobrewystrój TiTi jest nowoczesny, oryginalny i widać, że osoba, która urządzała lokal miała sporo inwencji twórczej. Na ścianach znajdują się różne pocztówki, plakaty i duże kolaże zrobione z małych zdjęć. Kanapy są wygodne, a klimat miejsca zachęca do zajrzenia do menu i zamówienia czegoś, chociażby małej kawy. Zamówiłam więc espresso. Kawa była dobra, esencjonalna, taka jak lubię. Niestety moją uwagę od razu zwróciło ciasteczko, które było do niej podane i które było bardzo wysuszone i twarde. Od razu zaznaczam, że nie było to biscotti, tylko coś co miało być maślanym ciastkiem (i pewnie nim było kilka tygodni wcześniej ;)). 
Kiedy pojawiły się dziewczyny (Asia z Biedornki w Kuchni, Kasia z Bake & Taste, Asia z Łasucha w Kuchni i Justyna z In Cooking We Trust), zaczęłyśmy składać zamówienia. Menu jest raczej skromne, ale sporo pozycji brzmi zachęcająco. Przy składaniu zamówienia pojawił się pierwszy problem – mimo, że trzy z nas skusiły cannelloni z kurkami i migdałami, była już tylko jedna porcja, bo podobno cała reszta sprzedała się wcześniej. Tak naprawdę gdyby zamówione przez nas jedzenie broniło się smakiem, to brak jednego z dań nie byłby żadnym problemem. 

Posiłek zaczęłyśmy od przystawek – ja wzięłam chłodnik pomarańczowo-brzoskwiniowy z awokado i miętą, a Justyna i Asia-Biedronka wzięły sałatkę z rukolą, gruszką, ricottą, orzechami włoskimi, owocem granatu, awokado i sosem vinaigrette. Zupa była dobra i orzeźwiająca, choć według mnie nieco za słodka i zbyt „deserowa” jak na początek obiadokolacji. Nie doszukałam się w niej także widniejącej w nazwie dania mięty… Na sałatki również nie ma co narzekać – porcje były uczciwe, składniki świeże, a smak przyzwoity. Mimo, że pierwsze dania były dobre, już na początku posiłku pojawił się kolejny problem. Kasia składając zamówienie, powiedziała, że poza daniem głównym chciałaby dostać również kawę TiTi (z bitą śmietaną i syropem czekoladowym) na deser, po czym kelnerka przyniosła jej kawę wraz z naszymi przystawkami…  Tym samym Kasia musiała zacząć pić bardzo słodką kawę zanim nawet zaczęła jeść.
Prawdziwa konsternacja zapadła gdy na stole pojawiły się dania główne. Ja i Kasia zamówiłyśmy po pół porcji cannelloni z kurkami, kozim serem, chilli i migdałami pod musem kurkowym; Asia-Biedronka i Justyna skusiły się na czarny makaron z krewetkami, chilli i sosem pomidorowym, a Asia-Łasuch wzięła polędwiczkę wieprzową z sosem gruszkowo-estragonowym, ziemniakiem w mundurku i brokułami. Żadne z dań nie prezentowało się specjalnie apetycznie, a wszystkie smakowały jeszcze gorzej niż wyglądały. 

Zacznijmy od cannelloni, które, swoją drogą, i tak okazało się najlepszym z zamówionych przez nas dań. Szału nie było, ale dało się zjeść. Wyglądało tak jak widać na zdjęciu – smutno i mizernie. Kurki nie trzeszczały między zębami i było ich całkiem sporo, podobnie jak płatków migdałowych. Niestety danie było niedoprawione i mdłe.

Jeśli śledzicie mojego bloga i czytaliście moją recenzję innej łódzkiej restauracji, Locandy, to pewnie pamiętacie, że bardzo smakowało mi tamtejsze spaghetti z atramentem z kałamarnicy, czosnkiem, chilli i krewetkami. To, które Justyna i Asia dostały w TiTi nie dorasta tamtemu do pięt. W Locandzie dostałam solidną porcję spaghetti ugotowanego al dente, świetnie doprawionego czosnkiem, oliwą i chilli, z dużą ilością dobrze przyrządzonych krewetek. W TiTi dostaniecie danie, które przypomina tamto tylko z nazwy, a w rzeczywistości jest jego smutnym, nijakim odbiciem. Rozgotowany makaron, mdły, bezpłciowy sos pomidorowy i znikoma ilość krewetek. Myślę, że to mówi samo za siebie.

Asia-Łasuch jako jedyna zamówiła danie mięsne. Polędwiczka wieprzowa była przesuszona, przesmażona i twarda. Sos estragonowo-gruszkowy nie był sosem tylko paciają przypominającą konfiturę. Brokuły były rozgotowane, a jedynym dobrze przyrządzonym elementem dania był ziemniak. Pozostawię to bez dalszego komentarza.

Mimo, że byłyśmy już naprawdę najedzone, stwierdziłyśmy, że nie możemy wyjść z TiTi bez spróbowania tamtejszych deserów. Pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła, była bardzo ograniczony wybór deserów. W karcie pozycji było sporo, ale dostępne były tylko dwa rodzaje muffinek (ananasowe i marchewkowe), placuszki z ricotty z kremem waniliowym i tarta ze śliwkami i kremem pâtisserie. Jako, że placuszki to bardziej propozycja śniadaniowa niż deser po kolacji, zdecydowałyśmy się na muffinkę marchewkową i tartę. Muffinka była zjadliwa, ale marchewki trzeba było szukać w niej z lupą. Może to dlatego, że była dość tania (3zł). Ja jednak wolałabym zapłacić więcej i zjeść porządną babeczkę. Tarta była lodowata i niesmaczna –  suche, za grube kruche ciasto przykryte znikomą ilością kremu z wyczuwalnym smakiem mąki (pewnie był za krótko gotowany…) i śliwkami, które były dobre, ale o to nietrudno we wrześniu.
Podsumowując, widać, że kucharz ma pomysły i ambicje, ale nie za bardzo potrafi wcielić je w życie, bo brakuje mu albo umiejętności albo doświadczenia. Wszystkie dania, których spróbowałyśmy były albo przeciętne i nijakie albo zwyczajnie niedobre. Widać było w nim spore braki w umiejętnościach kucharza (np. przesmażenie mięsa do stopnia, w którym osiągnęło konsystencję podeszwy od buta; niedoprawianie dań; podanie kremu pâtisserie smakującego surową mąką). Plusem TiTi są zdecydowanie ceny, bo są bardzo przystępne. Jednakże biorąc pod uwagę jakość serwowanych tam dań, wydaje mi się, że ta zaleta spada na drugi plan i staje się nieistotna. Szkoda, bo miejsce ma potencjał. Jest w dobrej lokalizacji– w samym centrum miasta, blisko urzędu miasta i hostelu. Poza tym TiTi znane jest z organizowania Kolacji w Ciemności, która jest naprawdę fajną i pomysłową inicjatywą (posiłek spożywa się w całkowitej ciemności, nie wiedząc co jest na talerzu i jest się obsługiwanym przez niewidomych kelnerów). Po skosztowaniu tamtejszej kuchni, śmiem jednak twierdzić, że na kolację wybrać się nie warto. Chyba, że dla samej oprawy, bo dla wrażeń smakowych z pewnością nie. Inicjatywa jest jednak dobra i myślę, że fajnie by było gdyby więcej restauracji pomyślało o organizacji tego typu wydarzeń.

Czy wrócę do TiTi? Może kiedyś. Czasami warto dać lokalowi drugą szansę.


Nazwa lokalu: Ti-Ti
Adres: ul. Sienkiewicza 67, Łódź
Wystrój: 8/10
Jedzenie: 3/10
Ceny: 6/10
Ogólnie: zdecydowanie nie polecam

Kulinarna Mapa Łodzi #2: 5ty Smak

Kiedy ostatnio przeczytałam w gazecie, że w Łodzi otworzono nową knajpę z jedzeniem wegetariańskim, od razu wiedziałam, że koniecznie muszę się do niej wybrać. Przez ponad 8 lat byłam wegetarianką i wiem jak trudno zejść dobre, bezmięsne jedzenie „na mieście”. Większość tego typu restauracji (np. Green Way) serwuje mdłe, bezpłciowe jedzenie, którym można się co najwyżej zapchać, ale o późniejszej satysfakcji ze spożytego posiłku nie ma mowy. „5ty Smak” znajduje się przy ul. Struga 4, czyli w samym centrum miasta. Jest więc fajnym miejscem na szybki lunch ze znajomymi. Główną ideą lokalu jest przyrządzanie potraw zgodnych z zasadami kuchni pięciu przemian, opartej na tradycyjnej kuchni chińskiej. Z filozofii chińskiej wywodzi się koncepcja Wu xing – pięciu elementów, z których składa się wszechświat (drewna, ognia, ziemi, metalu, wody) i które powinny być obecne, w odpowiednich proporcjach, we wszystkich potrawach, żeby nasze odżywanie było różnorodne i zbilansowane. Powiem Wam szczerze, że ja zawsze bardzo sceptycznie podchodzę do takich rzeczy i zawsze najbardziej istotny jest dla mnie smak potrawy, nawet jeśli w danym daniu równowaga między elementami jest zachwiana 🙂 Jeśli jednak jedzenie jest zarówno smaczne, jak i dobre dla naszego organizmu, to czemu nie. Tym lepiej! Spytacie pewnie jakie jest jedzenie w 5tym Smaku. Powiem tyle: pyszne i zaskakujące.

Zacznijmy jednak od podstaw, czyli wystroju knajpy i pierwszego wrażenia jakie miejsce robi na nas po wejściu do środka. Wnętrze jest urządzone w prosty, ale estetyczny sposób. Nieco przypomina bar, ale w końcu nawet na szyldzie przed wejściem widnieje nazwa „bar”. Mogłabym się tylko przyczepić do wierszy, które wiszą na ścianach. To zupełnie nie moja bajka i według mnie są nieco grafomańskie, ale z drugiej strony poszłam tam żeby coś zjeść, a nie żeby czytać dobrą poezję.

Przechodząc do sedna, czyli jedzenia. Tak jak napisałam wcześniej, smakowało mi bardzo i byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Po przeczytaniu recenzji lokalu, wiedziałam, że się nie zawiodę, ale równocześnie nie liczyłam na wiele. I to był błąd, bo jedzenie, mimo, że wegetariańskie i wybierane z dość krótkiego menu, broni się smakiem. Wszystko było świeże i świetnie doprawione. W każdej potrawie faktycznie można było wyczuć wszystkie pięć smaków.

W menu znajduje się kilka zup, np. krem z cukinii i batatów (widziałam, wyglądał bardzo apetycznie) i pomidorówka oraz kilka drugich dań, np. wszelkiego rodzaju kotleciki warzywne. Poza tym codziennie jest jakieś danie dnia i kilka ciast. Ja zdecydowałam się na gołąbki w liściach winogron (8 zł), surówkę z pora (3 zł) i ciasto marchewkowe (5 zł).

Gołąbki były naprawdę dobre – delikatne liście winogron w środku skrywały farsz z pęczaku z dodatkiem grzybów leśnych, pieczarek i marchwi. Wyczuwałam smak kminku, który o dziwo dobrze komponował się z resztą składników. Największym zaskoczeniem była dla mnie jednak surówka z pora. Mogę śmiało powiedzieć, że nigdy nie jadłam tak dobrej surówki. Była ostra i pełna dodatków – rodzynek, ziaren słonecznika, sezamu, migdałów i orzechów włoskich. Smakowała mi tak bardzo, że do 5tego Smaku mogłabym chodzić tylko na tę surówkę… 🙂 Danie główne było sycące i smaczne. Porcja była duża i tak naprawdę bardzo tania – 11 zł to naprawdę mało jak na lokal w centrum miasta.

Mimo, że bardzo się najadłam daniem głównym, nie potrafiłam sobie odmówić deseru. Ciasto marchewkowe też było pyszne i utwierdziło mnie w przekonaniu, że kucharz w 5tym Smaku zna się na rzeczy. W cieście są spore kawałki marchwi i można wyczuć, że jest zrobione z mąki pełnoziarnistej. Poza tym znalazłam w nim ziarna słonecznika i kawałki skórki pomarańczowej. Wszystkiego dopełniała nuta piernikowa i lekki smak soli, a całość była bardzo wilgotna. Pyszności!

5ty Smak jest więc zdecydowanie miejscem, które warto odwiedzić, nawet jeśli zazwyczaj omijacie wegetariańskie lokale szerokim łukiem. Jedzenie jest smaczne, solidnie zrobione z dobrych jakościowo produktów, z pomysłem i do tego naprawdę przystępne cenowo (nie nadwyręży nawet studenckiego budżetu).

Podsumowanie: 

Nazwa lokalu:5ty Smak
Adres: ul. Struga 4, Łódź
Wystrój: 6/10
Jedzenie: 8/10
Ceny: 9/10
Ogólnie: polecam!
 

Kulinarna Mapa Łodzi #1: Locanda

Tym oto wpisem chciałabym otworzyć na blogu nowy cykl Kulinarna Mapa Łodzi – w którym będę opisywać miejsca w moim rodzinnym mieście, w których warto zejść albo z których należy jak najszybciej uciekać 😉 Mam wrażenie, że gastronomiczne oblicze Łodzi jest wciąż mało znane i ignorowane, nawet (a może zwłaszcza) przez jej mieszkańców. Co prawda, pod względem liczby, różnorodności i jakości restauracji, Łodzi daleko do Warszawy i Krakowa, ale myślę, że tak czy siak warto pisać na ten temat, szczególnie, że tak naprawdę sama zawsze stawiam sobie pytanie „gdzie zjeść?” i zdecydowanie brakuje mi takich recenzji. Skupię się nie tylko na restauracjach, ale także na cukierniach i kawiarniach, bo tych w Łodzi nie brakuje. Postaram się, żeby wpisy były rzetelne i ukazywały się przynajmniej dwa razy w miesiącu. Co o tym myślicie? Podoba Wam się ten pomysł?
Na pierwszy ogień pójdzie restauracja śródziemnomorska, Locanda. W Locandzie byłam dwukrotnie, w dość długich odstępach czasu, więc wydaje mi się, że już wyrobiłam sobie na jej temat zdanie. 
Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy i od której warto zacząć jest wystrój restauracji. Wystrój Locandy jest utrzymany w stylu rustykalnym, nieco prowansalskim. Duże, drewniane, dwuskrzydłowe drzwi prowadzą do jasnego pomieszczenia z kamiennymi posadzkami i małymi, drewnianymi stolikami. Od razu rzuca się w oczy ciekawe menu win, które jest wypisane na etykiecie butelki. Całość jest urządzona w dobrym guście, a „śródziemnomorskie” dodatki są odpowiednio dobrane i nie dają wrażenia przesytu, co niestety często się zdarza w wypadku stylizowanych wnętrz. Mnie bardzo zaskoczył wystrój łazienek, gdzie umywalki są umieszczone na wielkich kamforach. Brzmi nieco kiczowato, ale uwierzcie, że w tym miejscu pasuje to idealnie 🙂 Locanda jest przytulna i świetnie pasuje zarówno na lunch z przyjaciółmi, jak i bardziej intymne spotkanie z partnerem.
Wystrój wystrojem, ale do restauracji chodzi się przede wszystkim po to, żeby dobrze zjeść. Jakie jest jedzenie w Locandzie? Smaczne, uczciwe, pewne. To jedno z tych miejsc, do których można się wybrać chcąc zjeść coś smacznego, bo wiadomo czego można się spodziewać po serwowanych tam potrawach. Jest bez fajerwerków i w Locandzie nie doświadczycie orgazmu smakowego, ale wyjdziecie najedzeni, zadowoleni i bez poczucia zmarnowanego czasu i pieniędzy, co niestety często się zdarza. 
Podczas moich dwóch wizyt w Locandzie, miałam okazję spróbować „czekadełek”; czterech dań głównych – steku toskańskiego z sałatką z rukoli i parmezanem (49 zł); papardelle z grillowanymi warzywami i sosem pesto (26 zł) ; spaghetti barwionego atramentem z kałamarnicy z krewetkami i chilli (37 zł); pizzy z szynką, pieczarkami, karczochami, oliwkami, sosem pomidorowym i mozzarellą (26 zł) – i deseru – sernika na zimno (15 zł). Niestety do tej pory nie jadłam żadnych przystawek, ale na pewno nadrobię to przy okazji następnej wizyty w tym lokalu. 
„Czekadełka” w Locandzie są bardzo poprawne. Podczas oczekiwania na danie główne, na stoliku pojawia się pieczony na miejscu chleb pszenny z chrupiącą skórką i wilgotnym miąższem oraz małe miseczki z antipasti – marynowanymi cebulkami cipollini i suszonymi pomidorami, a także balsamico i aromatyzowana oliwa. Szału nie ma, ale „czekadełka” są na tyle smaczne, że miło się je przekąsza podczas oczekiwania na zamówione dania. Zamówione dania za każdym razem były smaczne. Moimi faworytami bezapelacyjnie były makarony, które w Locandzie są robione na miejscu. Papardelle z grillowanymi warzywami było pełne kawałków grillowanej cukinii i oprószone dobrej jakości parmezanem. Spaghetti barwione atramentem z kałamarnicy było perfekcyjnie ugotowane (wyraźnie al dente, takie jak lubię) i mocno doprawione czosnkiem i ostrym chilli. Jeśli ktoś, tak jak ja, lubi wyraziste smaki, to na pewno będzie zadowolony z tego dania. Krewetki według mnie były nieco za twarde.
Stek był smaczny, ale na krytykę zasługuje fakt, że kelner nie zapytał mojego towarzysza o preferowany stopień wysmażenia mięsa, co według mnie powinno być normą w każdej restauracji. Poza tym, mimo, że mięso było konkretnych rozmiarów i zdecydowanie zaspakajało męskie zapotrzebowanie na solidną porcję białka, sałatka została nałożona w ilości znikomej – ot, kilka listków rukoli smętnie pałętających się na talerzu. 
Pizza była poprawna – na cienkim,włoskim cieście, ze świeżymi dodatkami dobrej jakości i smacznym sosem. Mojemu towarzyszowi bardzo smakowała, choć przyznał, że mogłoby być na niej wiecej karczochów i że gdy jadł ją ostatnim razem, to była lepsza. Tak czy siak, pizza w Locandzie jest smaczniejsza niż w 95% łódzkich pizzerii, więc jeśli macie ochotę na pizzę, to polecam Wam zamówić ją właśnie w tym lokalu. Tym bardziej, że nie jest dużo droższa (26 zł za sporą pizzę, którą jedna osoba naje się na full) i mimo, że wybór dodatków nie jest powalający, to każdy znajdzie coś dla siebie.
Jak wiadomo, nie da się w pełni zrecenzować restauracji, uprzednio nie próbując deseru 🙂 Ja niestety próbowałam tylko jednego – sernika na zimno – ale mogę śmiało powiedzieć, że był bardzo smaczny. Z dodatkiem świeżych owoców, kremową masą i odpowiednim stopniem słodkości. Następnym razem na pewno skuszę się na zabajone z owocami i lodami bazyliowymi, które kusiło mnie już podczas ostatniej wizyty z Locandzie, ale tak najadłam się makaronem, że nie miałam miejsca na deser (rzadko się to zdarza, ale jednak…. :)).
 Na zdjęciu: pizza z szynką, pieczarkami, karczochami, oliwkami, sosem pomidorowym i mozzarellą
Podsumowując, Locanda wyróżnia się na tle większości łódzkich restauracji, bo można tam zjeść smaczne dania, wykorzystujące sezonowe, dobrej jakości produkty. Porcje nie są ogromne, ale można się nimi najeść. Wybór dań w karcie jest zadowalający, a dodatkowo codziennie na tablicy kredowej pojawiają się „dania dnia”, głównie z wykorzystaniem świeżych ryb i owoców morza. Dania są poprawne i dobrze doprawione. Nie powalają, ale zadowalają. Jedynym minusem lokalu są ceny, które, jak na łódzkie warunki, są dość wysokie i na pewno przekraczają możliwości finansowe wielu Łodzian. Z drugiej strony nie są bardzo wygórowane i moim zdaniem czasami warto zapłacić więcej za świeże, solidne i smaczne jedzenie. Chyba, że ktoś woli dania z mrożonek i półproduktów…
Nazwa lokalu: Locanda
Adres: ul. Traugutta 3, Łódź
Wystrój: 9/10
Jedzenie: 7/10
Ceny: 6/10
Ogólnie: polecam!
Na zdjęciu: spaghetti barwione atramentem z kałamarnicy z krewetkami i chilli